Porozumienie izraelsko-libańskie. Początek nowego ładu na Bliskim Wschodzie czy kolejna iluzja pokoju?

Globalne Południe
Udostępnij artykuł

Porozumienie ramowe między Izraelem a Libanem jest wydarzeniem znacznie większym, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie jest to jeszcze traktat pokojowy, nie jest to pełna normalizacja i nie oznacza końca konfliktu. Ale jest to najpoważniejsza próba ułożenia relacji między Bejrutem a Jerozolimą od ponad czterdziestu lat, czyli od nieudanego porozumienia z 1983 roku.

W tym sensie mamy do czynienia z czymś, co może być preludium do normalizacji podobnej do tej, jaką Izrael zawarł kiedyś z Egiptem i Jordanią. Różnica polega jednak na tym, że w przypadku Libanu droga do pokoju nie prowadzi wyłącznie przez dyplomację. Prowadzi przez rozbrojenie Hezbollahu, ograniczenie wpływów Iranu i odbudowę państwa libańskiego, które przez lata funkcjonowało bardziej jako arena cudzych interesów niż jako suwerenny podmiot.

„Wczoraj osiągnęliśmy historyczne porozumienie.”

— Benjamin Netanyahu

Próba wdrożenia porozumienia

Co istotne, porozumienie nie pozostaje wyłącznie dokumentem podpisanym w Waszyngtonie – już widać pierwsze próby jego wdrażania w terenie. Zgodnie z doniesieniami arabskich mediów, w ciągu najbliższych godzin armia libańska ma rozpocząć rozmieszczanie swoich oddziałów w dwóch strategicznych miejscowościach – Frun i Zawtar al-Gharbiya – które zostały wybrane jako pierwsze „obszary pilotażowe” przewidziane w umowie. Operacja ma odbywać się pod nadzorem amerykańskich obserwatorów wojskowych, z udziałem dowództwa CENTCOM, a jej celem będzie sprawdzenie, czy Libańskie Siły Zbrojne są w stanie przejąć kontrolę nad tymi terenami i uniemożliwić powrót Hezbollahu.

Jeżeli ten model okaże się skuteczny, ma zostać stopniowo rozszerzony na kolejne obszary opuszczane przez izraelską armię. Pokazuje to, że porozumienie zaczyna wychodzić poza sferę deklaracji politycznych i przechodzi do fazy praktycznej realizacji, choć jednocześnie ujawnia, jak trudny będzie cały proces.

1. Największe osiągnięcie od ponad 40 lat

Sama umowa ramowa zakłada drogę do formalnego zakończenia stanu wojny i późniejszej normalizacji relacji między Izraelem a Libanem. To rzecz bez precedensu od czasu krótkotrwałego traktatu z 1983 roku, który nigdy realnie nie wszedł w życie.

Jeżeli ten proces się utrzyma, będzie to największy przełom na linii Bejrut–Tel Awiw od dekad. Nie chodzi tylko o techniczne ustalenia wojskowe. Chodzi o zmianę całej logiki konfliktu. Liban po raz pierwszy ma uznać, że trwały pokój z Izraelem wymaga nie tylko izraelskiego wycofania, ale przede wszystkim odzyskania przez państwo libańskie monopolu na użycie siły.

2. Izrael największym beneficjentem porozumienia

Porozumienie jest korzystne dla Izraela, ponieważ w praktyce legalizuje jego obecność wojskową w południowym Libanie do czasu usunięcia zagrożenia ze strony Hezbollahu. Izrael nie wycofuje się bezwarunkowo. Wycofuje się etapami, strefa po strefie, dopiero wtedy, gdy będzie można zweryfikować, że Hezbollah rzeczywiście został wypchnięty z danego obszaru.

To zasadnicza zmiana. Dotychczas obecność Izraela w Libanie była przedstawiana jako okupacja, którą należy natychmiast zakończyć. Teraz sam rząd Libanu wchodzi w mechanizm, w którym izraelska obecność staje się elementem procesu rozbrajania Hezbollahu.

Mówiąc brutalnie: Liban zgadza się, aby izraelski osiłek pozostał na południu kraju tak długo, jak długo Hezbollahowi pozostaną jeszcze zęby do wybicia.

3. Liban przechodzi na „jasną stronę mocy”

Najważniejszy wymiar geopolityczny tej umowy polega na tym, że rząd libański zostaje wciągnięty do obozu antyirańskiego. Oczywiście na razie bardziej deklaratywnie niż praktycznie, ale sam kierunek jest jasny.

Bejrut zaczyna mówić językiem Waszyngtonu i Jerozolimy: suwerenność Libanu oznacza rozbrojenie Hezbollahu, a nie tolerowanie prywatnej armii Iranu na własnym terytorium. To ogromna zmiana, bo przez lata Liban był państwem, które albo udawało, że Hezbollah jest poza jego kontrolą, albo było zbyt słabe, aby cokolwiek z tym zrobić.

Teraz Liban wybiera model państwa, w którym tylko armia libańska ma prawo do broni. To wprost uderza w konstrukcję irańskich wpływów w tym kraju.

4. Netanjahu otrzymuje polityczny prezent

„To cios dla Iranu i Hezbollahu”

— Benjamin Netanyahu

Tak właśnie premier Benjamin Netanyahu podsumował podpisane porozumienie. Z perspektywy Izraela trudno odmówić tej ocenie racjonalnych podstaw.

Porozumienie pozwala mu powiedzieć izraelskiej opinii publicznej, że operacja przeciwko Hezbollahowi przyniosła efekt strategiczny. Nie tylko osłabiono przeciwnika militarnie, ale również zmuszono rząd Libanu do wejścia w proces, którego celem jest jego rozbrojenie.

Co więcej, Izrael zachowuje swobodę działania w strefie bezpieczeństwa. Oznacza to, że Tel Awiw może dalej zwalczać Hezbollah na terytorium Libanu, ale już nie jako państwo działające jednostronnie, lecz jako uczestnik procesu bezpieczeństwa zaakceptowanego przez oficjalny rząd libański i wspieranego przez Stany Zjednoczone.

Netanjahu może więc przedstawiać południowy Liban nie jako kolejne bliskowschodnie bagno, lecz jako przykład skuteczności swojej strategii: najpierw presja militarna, potem dyplomacja, a w dalszej perspektywie potencjalna normalizacja stosunków.

Nieprzypadkowo podczas transmitowanego w telewizji wystąpienia premier Izraela podkreślił, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Liban „uznają prawo Izraela do utrzymania strefy bezpieczeństwa w Libanie tak długo, jak będzie to konieczne dla zapewnienia naszego bezpieczeństwa”. Jest to de facto międzynarodowa akceptacja izraelskiej obecności wojskowej do czasu rozbrojenia Hezbollahu – coś, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się politycznie nieosiągalne.

5. Marco Rubio kontra dyplomacja od siedmiu boleści

To także ważny moment dla Marco Rubio. Widać tu zupełnie inną szkołę myślenia niż ta, którą reprezentują Sanczo Pansa i Don Kiszot amerykańskiej dyplomacji, czyli Witkoff i J.D. Vance.

Rubio najwyraźniej chciał, aby to Bejrut i Jerozolima decydowały o własnym losie w ramach negocjacji bezpośrednich, a nie stały się tylko przedmiotem targów między Waszyngtonem a Teheranem. To bardzo istotne, bo porozumienie libańsko-izraelskie staje w poprzek logice Wstydliwego Memorandum, co ciekawe, sama administracja amerykańska twierdzi, że porozumienie stanowi realizację pierwszego punktu memorandum, do czego wrócimy w dalszej części tekstu.

Wracając do Rubio, wychodzi on tutaj na realistę. Nie próbuje sprzedawać kolejnego „historycznego pokoju” istniejącego wyłącznie na papierze, lecz buduje rozwiązanie oparte na realiach: Hezbollah ma zostać rozbrojony, Liban odzyskać pełnię swojej suwerenności, Izrael otrzymać trwałe gwarancje bezpieczeństwa, a Stany Zjednoczone pełnić rolę patrona i gwaranta całego procesu.

Charakterystyczne jest również jego podejście do samego porozumienia. Podczas ceremonii podpisania nie ogłaszał triumfu, lecz stwierdził: „Przed nami jeszcze mnóstwo pracy. W żadnym wypadku nie lekceważymy trudności zadania, które przed nami stoi, ale rozumiemy jego wagę i to, jak ważne jest.” To wyraźnie pokazuje, że sekretarz stanu zachowuje trzeźwą ocenę sytuacji. Ma świadomość, że podpisanie dokumentu jest dopiero początkiem długiego i niezwykle trudnego procesu, którego powodzenie będzie zależało przede wszystkim od zdolności władz Libanu do przeciwstawienia się Hezbollahowi oraz presji wywieranej przez Iran.

6. Szanse powodzenia są niewielkie

„To porozumienie jest nieważne i należy wdrożyć postanowienia irańsko-amerykańskiego Memorandum o Porozumieniu.”

— Sekretarz Generalny Hezbollahu Naim Qassem

Największym problemem tego porozumienia jest fakt, że jego powodzenie zależy przede wszystkim od strony, która od pierwszego dnia otwarcie zapowiedziała jego storpedowanie. Hezbollah nie ma żadnego interesu w realizacji tej umowy. Wręcz przeciwnie – jej pełne wdrożenie oznaczałoby utratę militarnej dominacji w Libanie, a w konsekwencji również jednego z najważniejszych instrumentów projekcji siły Iranu na Bliskim Wschodzie.

Naim Qassem określił porozumienie jako „upokarzające”, „haniebne” i prowadzące do utraty libańskiej suwerenności i ostrzegł, że może ono doprowadzić do aneksji południowego Libanu przez Izrael. Paradoks polega jednak na tym, że dokument wyraźnie stwierdza, iż Izrael nie zgłasza żadnych roszczeń terytorialnych wobec Libanu, a jego obecność w południowej części kraju ma charakter warunkowy i jest uzależniona wyłącznie od rozbrojenia Hezbollahu. Jeszcze bardziej wymowna jest jednak jego deklaracja, że pierwszeństwo powinno mieć wdrożenie irańsko-amerykańskiego Memorandum, a nie porozumienia zawartego między Bejrutem a Jerozolimą.

Hezbollah dysponuje całym katalogiem narzędzi pozwalających skutecznie sabotować realizację porozumienia. Może blokować decyzje parlamentu, mobilizować swoich zwolenników do masowych protestów, zastraszać polityków oraz przedstawiać umowę jako zdradę narodową i pretekst do trwałej izraelskiej obecności wojskowej w Libanie. Najsilniejszym argumentem pozostaje jednak groźba użycia siły. Hezbollah już teraz sugeruje, że próba jego rozbrojenia może doprowadzić kraj do kolejnej wojny domowej.

W tym samym kierunku będzie działał również Iran. Dla Teheranu utrata Hezbollahu oznaczałaby nie tylko osłabienie wpływów w Libanie, ale również utratę najważniejszego narzędzia odstraszania wobec Izraela oraz jednego z filarów tzw. osi oporu. Z tego względu można oczekiwać, że zarówno Hezbollah, jak i jego irański patron wykorzystają wszystkie dostępne instrumenty polityczne, społeczne i militarne, aby uniemożliwić pełną realizację podpisanego porozumienia.

7. Nad Libanem nadal wisi widmo wojny domowej

Największym zagrożeniem dla realizacji porozumienia nie jest dziś bezpośrednia konfrontacja z Izraelem, lecz możliwość ponownego wybuchu konfliktu wewnętrznego w samym Libanie. Hezbollah od pierwszych godzin po podpisaniu umowy wykorzystuje perspektywę wojny domowej jako najpotężniejszy instrument nacisku na władze w Bejrucie. Przekaz organizacji jest prosty: każda próba rozbrojenia Hezbollahu może doprowadzić do destabilizacji państwa.

Paradoks polega jednak na tym, że sama konieczność sięgania po argument wojny domowej pokazuje, iż Hezbollah nie jest już tak pewny swojej dominującej pozycji politycznej jak jeszcze kilka lat temu. Po raz pierwszy od dekad przeciwko niemu zaczyna tworzyć się szeroka koalicja obejmująca prezydenta Josepha Aouna, premiera Nawafa Salama, znaczną część środowisk chrześcijańskich oraz dużą część sunnitów. Coraz częściej słychać również głosy, że rozbrojenie wszystkich milicji jest jedynie realizacją postanowień Porozumienia z Taif, które formalnie zakończyło poprzednią wojnę domową.

Nie oznacza to jednak, że państwo libańskie jest dziś gotowe do siłowej konfrontacji. Libańskie Siły Zbrojne liczą około 95 tysięcy żołnierzy, lecz ich budżet jest blisko dwukrotnie mniejszy od środków, którymi dysponuje Hezbollah dzięki wsparciu Iranu. Dodatkowo około 40 procent personelu armii stanowią szyici, a część struktur bezpieczeństwa od lat pozostaje infiltrowana przez ludzi związanych z Hezbollahem. Z tego względu nawet prezydent Aoun podkreśla, że proces rozbrajania organizacji musi być stopniowy, ponieważ zbyt gwałtowne działania mogłyby rzeczywiście doprowadzić do wybuchu nowej wojny domowej.

To właśnie dlatego Stany Zjednoczone tak mocno angażują się w cały proces. Obecność amerykańskich obserwatorów i wsparcie dla armii libańskiej mają zwiększyć szanse, że państwo odzyska kontrolę nad swoim terytorium bez konieczności otwartej konfrontacji z Hezbollahem. Pytanie pozostaje jednak otwarte: czy uda się rozbroić najsilniejszą milicję Bliskiego Wschodu bez ponownego pogrążenia Libanu w wojnie domowej.

8. Umowa a Wstydliwe Memorandum

Administracja amerykańska przekonuje, że podpisane w Waszyngtonie porozumienie między Izraelem a Libanem nie stoi w sprzeczności z memorandum zawartym wcześniej z Iranem, lecz stanowi jego praktyczną realizację. Według wysokiego rangą przedstawiciela Departamentu Stanu pierwszy punkt memorandum zakładał przywrócenie „rzeczywistej suwerenności i integralności terytorialnej Libanu oraz trwałe zakończenie konfliktu”. Zdaniem Waszyngtonu właśnie temu ma służyć nowa umowa ramowa.

W logice Waszyngtonu trudno mówić o suwerennym państwie, skoro na jego terytorium funkcjonuje armia podporządkowana innemu państwu. Dlatego rozbrojenie Hezbollahu nie jest – z perspektywy USA – naruszeniem memorandum, lecz warunkiem jego realizacji. Jak stwierdził przedstawiciel Departamentu Stanu, „dostarczanie broni Hezbollahowi i wspieranie państwa w państwie przynosi odwrotny skutek. Iran nie może wszczynać wojen za pośrednictwem swoich organizacji zastępczych i narzekać, gdy te organizacje są zmuszane do rozbrojenia.”

W praktyce oznacza to, że Waszyngton interpretuje pierwszy punkt memorandum znacznie szerzej niż sam Teheran. Dla administracji amerykańskiej suwerenność Libanu oznacza monopol państwa na użycie siły, stopniowe rozbrojenie Hezbollahu oraz przywrócenie pełnej kontroli armii libańskiej nad całym terytorium kraju. Iran natomiast wydaje się rozumieć ten sam zapis przede wszystkim jako konieczność wycofania wojsk izraelskich z południowego Libanu, bez wcześniejszego rozbrojenia swojego najważniejszego regionalnego sojusznika.

Ta rozbieżność pokazuje, że obie strony od początku przypisywały memorandum odmienne znaczenie. Porozumienie izraelsko-libańskie stało się więc pierwszym poważnym testem tego, czy memorandum było rzeczywiście wspólnym planem działania, czy jedynie dokumentem, który każda ze stron interpretowała zgodnie z własnymi interesami politycznymi.

9. Znacznie więcej niż Liban. Amerykańska przebudowa Bliskiego Wschodu

Najciekawsze jest jednak to, że porozumienie libańskie wpisuje się w szerszą próbę przebudowy Bliskiego Wschodu. USA nie tylko pośredniczą między Izraelem a Libanem, ale także angażują się w szkolenie armii libańskiej i pomoc humanitarną.

To oznacza, że Waszyngton nie chce być wyłącznie mediatorem. Chce być współautorem nowego porządku bezpieczeństwa. Jeśli połączymy to z większą aktywnością USA w Syrii, otrzymujemy obraz próby wyciągania Libanu i Syrii ze strefy wpływów Iranu i stopniowego wciągania ich w orbitę zachodnią — podobnie jak wcześniej stało się to z Jordanią, Egiptem czy w innym wymiarze z Arabią Saudyjską.

To oczywiście plan bardzo ambitny i obarczony ogromnym ryzykiem. Ale sama możliwość takiej zmiany jest dla Iranu poważnym ciosem.

Podsumowanie

Porozumienie podpisane w Waszyngtonie może okazać się jednym z najważniejszych wydarzeń na Bliskim Wschodzie od wielu dekad – pod warunkiem, że uda się przenieść jego zapisy z papieru do rzeczywistości. O powodzeniu całego procesu zdecydują trzy czynniki: determinacja władz w Bejrucie do odzyskania monopolu na użycie siły, konsekwentne wsparcie Stanów Zjednoczonych oraz rzeczywiste postępy w ograniczaniu potencjału Hezbollahu.

Gdybym dziś miał wskazać bardziej prawdopodobny scenariusz, postawiłbym raczej na kolejną odsłonę konfliktu niż na trwały pokój. Hezbollah i Iran dysponują wystarczającymi środkami, by próbować storpedować cały proces, a widmo wojny domowej nadal unosi się nad Libanem. Z drugiej strony Bliski Wschód wielokrotnie udowadniał, że potrafi zaskakiwać. Jeszcze pod koniec 2024 roku mało kto przewidywał, że reżim Baszara al-Asada rozpadnie się w ciągu zaledwie kilku tygodni. Być może i tym razem region napisze scenariusz, którego dziś niewielu się spodziewa. Oby był to scenariusz prowadzący do stabilizacji, a nie kolejnej wojny.

Źródła:

Zapraszamy do obserwacji naszego profilu na X: https://x.com/GlobPoludnie


Udostępnij artykuł
Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *