Legioniści nad Kolwezi  

Aktualności Historia
Udostępnij artykuł

Wstęp

Kolonialne dziedzictwo Francji wymusza na tym kraju utrzymywanie sił szybkiego reagowania, zdolnych do projekcji siły w regionach będących jej strefami wpływu. Wymagało i wymaga to utrzymania sił doborowych, zdolnych do szybkiego i niekonwencjonalnego działania. Narzędziem, które spełnia te wymagania, są wojska powietrznodesantowe, które przez Francję zostały zaadaptowane jako siły szybkiego reagowania, i to w skali międzykontynentalnej.

Francja od dekad traktuje klasyczne wojska powietrznodesantowe jako siły zdolne nie tylko do szybkiego przetransportowania, ale również do bezpośredniego wprowadzenia do walki z dużej odległości. Takie zdolności odpowiadały potrzebom państwa regularnie interweniującego na sąsiednim kontynencie, gdzie często sam czas reakcji jest nie mniej ważny niż faktyczna liczebność wojska. Francja pomimo klęski w I wojnie indochińskiej i niesławnym desancie pod Dien Bien Phu w 1954, nie zrezygnowała zdesantów spadochronowych. Gdy zaszła potrzeba, pomimo wietnamskiej traumy sprzed ponad dwóch dekad, postanowiła użyć spadochroniarzy w zadaniu, które zbudowało renomęjednej z flagowych jednostek Legii Cudzoziemskiej.

2 REP, czyli 2 Cudzoziemski Pułk Spadochronowy (fr. 2 Régiment étranger de parachutistes, 2 REP), to elitarna i uznana dziś jednostka wchodząca w skład  Legii Cudzoziemskiej (fr. Légion étrangère). Jednostka dała się poznać w praktycznie wszystkich konfliktach, w których bierze udział Francja, w tym również w ramach misji sojuszniczych. Jej legenda jednak zaczęła się znacznie wcześniej. W 1978 r. jednostka wykonała zadanie, które nawet z dzisiejszym nowocześniejszym uzbrojeniem i rozpoznaniem byłoby trudne w swojej skali. W zairskim (obecnie Demokratyczna Republika Kongo) górniczym mieście Kolwezi spadochroniarze z 2 REP przystąpili do zadania z pogranicza klasycznych operacji powietrznodesantowych, a operacji, które dziś moglibyśmy nazwać operacjami specjalnymi. Mowa bowiem nie tylko o klasycznym desancie i zajęciu kluczowych punktów, ale przede wszystkim o odbiciu zakładników.

Tło wydarzeń

Kolwezi jest górniczym miastem położonym w historycznej prowincji Katanga (obecnie Lualaba). Katanga ze względu na swoje bogactwa naturalne była jedną z najbardziej rozwiniętych prowincji ówczesnego Belgijskiego Kongo. W latach sześćdziesiątych, tuż po uzyskaniu przez Kongo niepodległości (wcześniej była to belgijska kolonia), doszło tam do secesji. Katanga ogłosiła swoją niepodległość pod wodzą Mose Czombego, ale pomimo udziału wielu zachodnich najemników wojska ONZ zdołały stłumić rebelię. Wartym uwagi faktem jest udział polskich najemników po stronie Katangi. Najsławniejszym z nich był Jan Zumbach, polski as lotniczy latający w dywizjonie 303 w czasie Bitwy o Anglię w 1940 r. W samozwańczym państwie Zumbach formował nowe siły powietrzne oraz osobiście brał udział w akcjach bojowych, co dosyć szczegółowo opisał w swojej autobiografii „Ostatnia walka” (wydanej w 1979 pod tytułem „Mister Brown”).

W latach siedemdziesiątych Kongo przyjęło oficjalną nazwę Republika Zairu. Było to państwo bardzo niestabilne, a prowincja Katanga, leżąca na południu kraju przy granicy z Angolą, była narażona na ataki działającego w sąsiedniej Angoli FNLC (fr. Front de la Libération Nationale Congolaise). 11 maja 1978 r. 6500 rebeliantów z FNLCwkroczyło z terytorium Angoli do Zairu i zajęło miasto Kolwezi, dokonując próby kolejnej secesji spod rządów ówczesnego dyktatora Zairu Mobutu Sese Seko. Wkraczając do Kolwezi, wzięli oni do niewoli ok. dwa tysiące europejskich mieszkańców (głównie specjalistów z zakresu górnictwa oraz ich rodziny). W czasie okupacji miasta dochodziło do mordów, gwałtów oraz innych zbrodni zarówno na europejskich, jak i rdzennych mieszkańcach miasta. 16 maja wojska Zairu podjęły nieudaną próbę odbicia miasta. Tego samego dnia Mobutu Sese Seko zwrócił się o pomoc do władz francuskich, belgijskich i amerykańskich. Były to lata zimnej wojny, a FNLC był wspierany przez państwa obozu wschodniego (m.in. pośrednio poprzez Angolę).

Dzień później, 17 maja, zatwierdzono francusko-belgijski plan interwencji. Ze względu na możliwości, pierwsze skrzypce miała odegrać tutaj Francja. Do zadania wyznaczono 2 Cudzoziemski Pułk Powietrznodesantowy. O godz. 10 w pułku ogłoszono pełną mobilizację. Przerwano wszystkie ćwiczenia, ściągano żołnierzy z przepustek itp. Tego samego dnia o godz. 20.00 dowódca pułku, pułkownik Philippe Erulin, zameldował gotowość do wykonania zadania.

Operacja Bonite

Operacja otrzymała kryptonim „Bonite” (znana też pod kryptonimem „Leopard”). O godz. 2.20 pułk oficjalnie ogłosił alarm, a dwie godziny i 10 minut później pierwsza grupa spadochroniarzy wyruszyła z korsykańskiego Calvi do bazy lotniczej Solenzara. O godz. 11.30 pułk był już w bazie, gotowy do wylotu. Weszli oni na pokład 5 samolotów pasażerskich (4 Douglasy DC-8 i 1 Boeing 707) i wyruszyli prosto do stolicy Zairu, Kinszasy.

Ze względu na to, że transportowano praktycznie cały pułk (były to nie tylko 4 kompanie, ale również dowództwo, pluton rozpoznawczy oraz moździerzowy wraz ze sprzętem i zapasami amunicji itp.), transport był podzielony na transze i ostatni z nich zakończył się 19 maja o godz. 11.00 czasu lokalnego. Nie czekano jednak na koniec transportu i pierwszy komponent, który składał się z 3 kompanii piechoty oraz części dowództwa i komponentu medycznego, od razu rozpoczął przygotowania do desantu, zwłaszcza że to oni planowani byli jako pierwsza siła rzucona do walki, a czas odgrywał w całej operacji kluczową rolę.

Śmiały plan zakładał, aby w pierwszym rzucie 3 kompanie zajęły jednocześnie trzy kluczowe punkty na terenie starego miasta: szpital i szkołę, w których miano przetrzymywać zakładników, oraz hotel, który rebelianci wykorzystali jako swoją kwaterę dowodzenia. Ponadto legioniści mieli również zabezpieczyć most łączący stare miasto z nowym (aby odizolować obszar operacji) oraz w miarę możliwości zdobyć pojazdy, aby stać się bardziej mobilni (pułk nie zrzucał własnych pojazdów).

Skok i wkroczenie do Kolwezi

O godz. 10.30, a więc jeszcze tuż przed zakończeniem przerzutu całego pułku z Francji, pierwsza grupa (łącznie 381 żołnierzy, w tym dowódca, pułkownik Erulin) weszła na pokład 4 Herculesów C-130 zairskich sił powietrznych oraz na pokład jednego francuskiego Transalla C-160 i rozpoczęła 4-godzinny lot do strefy zrzutu. Wyposażeni byli w dostarczone przez amerykańskich sojuszników spadochrony T-10, na których nigdy wcześniej nie skakali. Udzielono im tylko instruktażu przed samym skokiem. Nie jest jasne, czemu zdecydowano się na ten ruch, można się tylko domyślać, że może mieć to związek z faktem, iż amerykańskie spadochrony T-10 (wówczas w wersji „B”) były całkiem nową konstrukcją i zapewniały większą niezawodność (tak istotną w prawdziwym skoku bojowym). Spadochron ten, używany w różnych wersjach, został wycofany z armii amerykańskiej dopiero w 2009 r., co czyni go jednym z najdłużej używanych spadochronów wojskowych w historii.

O godz. 3.15 czasu lokalnego wyznaczeni żołnierze pierwszego rzutu wyskoczyli nad strefą „Alfa”. Strefa umiejscowiona była bardzo blisko historycznego centrum miasta, a jednocześnie ulokowana była na polu z wysoką trawą i kopcami termitów. Chodziło o zachowanie kompromisu pomiędzy odległością zrzutowiska do celu a zapewnieniem ukrycia spadochroniarzom w razie wykrycia. Oczywiście cała operacja objęta była ścisłą tajemnicą, gdyż bez efektu zaskoczenia taka klasyczna operacja powietrznodesantowa nie miałaby najmniejszego sensu.

Zrzut odbył się z pokładów Herculesów C-130 (oraz jednego francuskiego Transalla C-160). W każdym z nich było do 80 żołnierzy. Skakano z obu drzwi bocznych. Ze względu na wymiary strefy zrzutu (ok. 800 m długości) jednocześnie z obu burt skakało po 20 żołnierzy, czyli samoloty musiały wykonać aż dwa podejścia.

Co zrozumiałe i wkalkulowane w ryzyko, już na etapie zrzutu 6 żołnierzy odniosło rany związane z lądowaniem. Jeden zżołnierzy, Brytyjczyk kpr. Robert Arnold (imię nadane w Legii Cudzoziemskiej), zaginął i został następnie znaleziony martwy. Jego zwłoki były jeszcze w uprzęży spadochronu i miały rany zadane przez rebeliantów, co czyni go pierwszym poległym legionistą w tej operacji.

Pomimo początkowych strat kompanie szybko się przegrupowały i, korzystając z zaskoczenia, natychmiast wyruszyły na wyznaczone punkty. Pierwsza oraz druga kompania ruszyły zająć miejscową szkołę na południu oraz szpital na wschodzie starego miasta. Trzecia kompania natomiast zaatakowała hotel, w którym rebelianci urządzili kwaterę dowodzenia. Ponadto przystąpiono do zabezpieczenia mostu.

Walki rozpoczęły się natychmiast po wkroczeniu w zabudowania. Zaskoczeni rebelianci stawiali opór na wszystkich głównych ulicach. Pomimo tego jednak już po dwóch godzinach wszystkie cele pierwszego rzutu zostały zdobyte i zabezpieczone, uwolniono również pierwszych, zapewne nie mniej zaskoczonych niż rebelianci, zakładników. Rebelianci ponieśli duże straty, zdobyto również broń, amunicję oraz pojazdy.

Drugi zrzut został przełożony, gdyż było zbyt ciemno i zrzutowisko nie było odpowiednio zabezpieczone (w okolicy dalej stacjonowali rebelianci). Ponadto osiągnięto większość zakładanych celów, a zakładnicy byli już w większości uwolnieni. W związku z tym legionistów z drugiego zrzutu przetransportowano na bliższe lotnisko w Lubumbashi, gdzie mieli spędzić noc przed zrzutem.

W tym czasie żołnierze z pierwszego rzutu zabezpieczali swoje pozycje, mając świadomość, że rebelianci kontrolują pozostałą część miasta. Tej samej nocy ponownie wybuchły walki, gdy rebelianci przystąpili do kontrataku.

Drugi rzut i ewakuacja

20 maja o godz. 7.00 czasu lokalnego pozostała część pułku wyskoczyła nad Kolwezi. W skład drugiego rzutu wchodziła czwarta kompania, pluton rozpoznania, pluton moździerzy oraz reszta sztabu. Czwarta kompania wyskoczyła nad strefą „Bravo”, bardziej na wschód, podczas gdy reszta komponentów wylądowała w strefie „Alfa”. Łącznie w drugim rzucie udział wzięło 256 legionistów.

Po połączeniu się sił obu rzutów pułk był już w komplecie i przystąpił do kontynuacji zadania. W Kolwezi było jeszcze wielu rebeliantów, więc przystąpiono do czyszczenia miasta. Tutaj, ponownie jak w pierwszej fazie walk, kompanie początkowo wykonywały swoje zadania autonomicznie. Druga kompania zajęła się zachodnią częścią starego miasta, trzecia zaczęła czyścić nowe miasto, a następnie zajęła bazę zaopatrzeniową rebeliantów w pobliskiej miejscowości Manika. Czwarta kompania przemieściła się ze strefy „Bravo” na północny zachód w kierunku instalacji przemysłowej Metal Shaba, aby rozpoznać teren kilka kilometrów na północny zachód od Kolwezi. Plutony rozpoznawczy oraz moździerzy oczyściły natomiast północną część starego miasta, a następnie zajęły pozycje na pobliskim posterunku policji.

W ciągu kilku godzin udało się zabezpieczyć rejon na tyle, że można było przystąpić do następnej fazy operacji.

W ramach równolegle prowadzonej belgijskiej operacji „Red Bean” żołnierze belgijskiego 1. oraz 3. Batalionu Spadochronowego wylądowali samolotami na zabezpieczonym przez legionistów lotnisku w Kolwezi. Ich zadaniem było ewakuowanie odbitych zakładników z zabezpieczonego przez siły francuskie Kolwezi. W dniach 21–22 maja udało się ewakuować ponad 2000 europejskich zakładników (ponadto w późniejszych dniach ewakuowano też ok. 3000 lokalnych mieszkańców).

W nocy z 20 na 21 maja legioniści czwartej kompanii wracali z rozpoznania z kierunku Metal Shaba, gdy napotkali na silny, ok. 100-osobowy oddział rebeliantów. Wybuchły zacięte walki, w których legioniści od razu stracili jednego zabitego. Początkowo zaskoczona kompania walczyła samotnie, ale w niedługim czasie na pomoc przybyli legioniści z drugiej kompanii oraz plutonów rozpoznawczego i moździerzy. Ci ostatni wsparli ogniem swoich moździerzy kalibru 81 mm walczących towarzyszy, zadając istotne straty rebeliantom. Walki trwały kilka godzin, aż do rana. Według francuskich źródeł zginąć miało nawet 80 rebeliantów.

Było to ostatnie tak duże starcie w całej operacji. Do 27 maja dochodziło do sporadycznych wymian ognia i zatrzymywania chowających się wśród zabudowań rebeliantów. Ostatnie zorganizowane grupy rebeliantów kierowały się w stronę sąsiedniej Angoli, skąd nastąpił atak. Operacja została zakończona, a w niedługim czasie udało się odzyskać kontrolę nad pozostałą częścią regionu. Siły francuskie i belgijskie zostały zmienione przez kontyngent złożony z wojsk Maroka, Senegalu, Togo i Gabonu.

Straty

W ciągu całej 9-dniowej operacji żołnierze 2 REP stracili 5 zabitych i 20 rannych. Belgowie stracili 1 zabitego. Rebelianci według różnych źródeł stracili ok. 250 zabitych, 160 wziętych do niewoli. Ponadto zdobyto ok. 1500 sztuk różnego rodzaju uzbrojenia.

Ludność cywilna zapłaciła największą cenę ataku rebeliantów. Z rąk agresora życie straciło ok. 700 lokalnych cywilnych mieszkańców oraz od 120 do 170 europejskich cywilów.

Podsumowanie

Atak rebeliantów na Kolwezi był zaskoczeniem. Francusko-belgijska operacja planowana w odpowiedzi na apel o pomoc ze strony władz Zairu była operacją zaplanowaną naprędce. Samo przerzucenie pułku na drugą stronę równika wraz ze sprzętem jest już wyzwaniem logistycznym. Tutaj natomiast ta logistyka była realizowana równocześnie z wejściem do walki (pierwszy rzut wystartował do desantu, gdy jeszcze reszta nie wylądowała nawet w Afryce). Pomimo tych wyzwań udało się przetransportować pułk, wprowadzić go do walki i uratować życie ponad 2000 zakładników (+ kilka tysięcy miejscowej ludności cywilnej) w raptem kilkadziesiąt godzin od ogłoszenia alarmu. Odległość ponad 6000 km, która dzieli korsykańskie Calvi, gdzie stacjonuje 2 REP, od Kolwezi, tylko potęgowała wymogi co do synchronizacji całego zadania.Dochodzi też tutaj element skrycia. Cała operacja, w tym międzykontynentalny transport pułku, musiała odbyć się w całkowitej tajemnicy. Odkrycie francuskich planów przez przeciwnika odebrałoby element zaskoczenia, który w operacjach powietrznodesantowych jest niezbędną składową.

Pułk już wcześniej uchodził za elitarny, ta operacja jednak potwierdzała tę opinię. Pododdział wykazał się stałym, wysokim poziomem gotowości bojowej, organizacją, dyscypliną i profesjonalizmem na każdym szczeblu dowodzenia. Sam charakter operacji już po wylądowaniu, gdzie kompanie zajmowały punkty niezależnie i działały na swoich własnych kierunkach, świadczy o tym, że płk. Erulin mógł wobec dowódców kompanii zastosować coś, co dla przykładu w polskiej armii nazywa się „dowodzeniem przez cele”. Jest to forma dowodzenia, gdzie przełożony ma tak ogromne zaufanie do swoich podwładnych, że zamiast ich szczegółowo instruować, określa cel i daje „wolną rękę” co do szczegółów wykonania zadania. Jest to metoda charakterystyczna dla pododdziałów o wysokim lub bardzo wysokim poziomie profesjonalizmu.

Straty po stronie pułku były niewielkie, jeśli uwzględnimy poziom trudności zadania. Straty przeciwnika (o ile nie zawyżone przez stronę francuską) wydają się ogromne, jeśli uwzględnimy dodatkowo, że to oni byli obrońcami, a pułk w zasadzie w dwie doby opanował większość kluczowych punktów. Przyczyny można szukać w elemencie zaskoczenia, który mógł wywołać panikę wśród obrońców. Na uwagę zasługuje też fakt, że legioniści z 2 REP to zawodowe wojsko o dużej dyscyplinie, podczas gdy „Tygrysy” z FNLC to słabiej zorganizowana partyzantka złożona z rdzennych mieszkańców, a nie regularna armia. Legioniści po drugim rzucie wspierani też byli przez ciężką broń zespołową, np. moździerze.

Nie można zapominać oczywiście, że operacja miała też niebagatelny wymiar propagandowy. W wymiarze czysto operacyjnym, Kolwezi nie przesądzało o losach rebelii w całym regionie. Cięższe walki i większe straty wojska zairskieponosiły w innych mniejscach poza samym miastem. W realiach zimnej wojny interwencja miała jednak znaczenie wykraczające poza wymiar lokalny. W narracji państw zachodnich była kolejnym epizodem rywalizacji z blokiem wschodnim, nawet jeśli sama stawka operacyjna była ograniczona.

Operacja utwierdziła jednak francuskie wojsko w skuteczności operacji powietrznodesantowych, a na pewno w kontekście projekcji sił i walk w środowisku postkolonialnym. Obecna struktura francuskiej 11 Brygady Powietrznodesantowej zdaje się również odpowiadać podobnym wymaganiom, co te stawiane pułkowi w 1978 r. Jest to związek taktyczny, w którego skład wchodzą wszystkie pułki zdolne do wykonywania desantów spadochronowych, w tym również 2 REP. Brygada teoretycznie ma utrzymywać zdolność do podjęcia działań w dowolnym miejscu na świecie w ciągu 48 h.

Aby nie popaść jednak w pełny zachwyt nad klasycznymi desantami, warto mieć na uwadze, że pomimo sukcesu z 1978 r. Francja używała spadochroniarzy bardzo oszczędnie, i tylko wtedy, gdy sprzyjały temu warunki. Dlatego też pierwsza porównywalna operacja powietrznodesantowa od czasu desantu na Kolwezi miała miejsce dopiero w 2013 r., w czasie walk o malijskie Timbuktu. Ta operacja również zakończyła się sukcesem, a francuscy spadochroniarze po raz kolejny udowodnili swoją przydatność w utrzymywaniu francuskich wpływów w Afryce.

Bibliografia:

Gilbert, Adrian. Voices of the Foreign Legion: The History of the World’s Most Famous Fighting Corps. Skyhorse Publishing 2010. ISBN 978-1616080327

Mihamle, Jean David; with Agence France Presse (18 May 2018). „RDC : il y a 40 ans, la France intervenait à Kolwezi”Africanews (in French).

Shaba II: The French and Belgian Intervention in Zaire in 1978 , Lieutenant Colonel Thomas P. Odom , U.S. Army Command and General Staff College Fort Leavenworth, Kansas 66027-6900


Udostępnij artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *