Czy zbliża się koniec ery Netanyahu?

Globalne Południe
Udostępnij artykuł

Dwa tygodnie temu izraelska polityka dopisała kolejny rozdział. Dwóch byłych premierów — polityków o odmiennych temperamentach i zapleczu ideowym — zdecydowało się na wspólny marsz pod jednym szyldem. Cel jest jasny: odsunięcie od władzy Benjamina Netanyahu i jego koalicji, która w obecnym układzie przesunęła punkt ciężkości tak daleko w prawo, że Likud i sam Bibi uchodzi za jej umiarkowane skrzydło.

Pytanie brzmi jednak nie „po co”, lecz „czy to zadziała”? Sojusz Bennetta i Lapida, firmowany przez projekt „Together”, może być zarówno próbą przełamania impasu, jak i klasycznym błędem izraelskiej opozycji — kolejną konstrukcją, która dobrze wygląda na papierze, a gorzej w rzeczywistości. W izraelskiej polityce bowiem nie wystarczy się połączyć, żeby się wzmocnić. Czasem wystarczy to, by wspólnie zacząć tracić.

Z dużej chmury mały deszcz  

Minęły zaledwie dwa tygodnie od momentu, gdy byli premierzy z poprzedniego układu sił zdecydowali się połączyć szeregi i ogłosić wspólny start. W teorii takie polityczne fuzje mają swoją dynamikę: nowa marka, nowa narracja i chwilowy kredyt zaufania od wyborców, którzy chcą „czegoś nowego”. W izraelskiej polityce ten efekt bywa szczególnie widoczny — świeżo utworzona partia często dostaje na starcie handicap za sam fakt istnienia.

W przypadku „Together” trudno jednak mówić o jakimkolwiek efekcie nowości. Według pierwszego badania pracowni Łazarza, jednej z najbardziej wiarygodnych w Izraelu, nowa formacja uzyskała wynik niemal równy Likudowi — 27 mandatów wobec 28 Netanyahu. Na pierwszy rzut oka wygląda to solidnie. Problem w tym, że liczby zaczynają się rozjeżdżać, gdy spojrzeć na nie w czasie. Jeszcze pod koniec kwietnia sam Bennett osiągał w tych samych badaniach poziom 23–24 mandatów. Lapid dokładał do tego około 7. Matematyka sugerowałaby więc wynik rzędu 30–31 mandatów. Tymczasem po połączeniu jest ich mniej. W izraelskiej polityce to klasyczny sygnał ostrzegawczy: zanim projekt na dobre się rozpoczął, część jego wyborców już gdzieś się rozpłynęła.

Co więcej, w najnowszym sondażu obecna koalicja może liczyć na 51 mandatów — czyli wraca powyżej psychologicznej granicy, poniżej której zeszła w kwietniu. To liczba pozornie niewielka, ale w realiach izraelskiej arytmetyki politycznej ma znaczenie zasadnicze. W 120-osobowym Knesecie rządzi się większością 61 głosów, jednak około 10–11 mandatów przypada partiom arabskim, które w obecnym klimacie bezpieczeństwa pozostają poza realną grą koalicyjną. W praktyce oznacza to jedno: opozycja, jeśli chce rządzić bez rozbijania obozu Netanyahu, musi sama dojść do 61. A przy koalicji utrzymującej poziom 50+ mandatów staje się to scenariuszem skrajnie trudnym — wymagającym albo politycznych transferów, albo kolejnych wyborów.

Jeszcze ciekawsza jest dynamika sondażowa ostatnich miesięcy. W początkowej fazie projekt „Bennett 2026” potrafił nawet wyprzedzać Likud, ale pod koniec roku trend wyraźnie się odwrócił — partia Netanyahu odzyskała przewagę, sięgając około 27 mandatów (już 8 więcej od słabnącego Bennetta). Równolegle rosła pozycja Gadiego Eisenkota, który wyrósł na trzecią siłę polityczną, oscylując między 10 a 14 mandatami i konsekwentnie budując własne zaplecze. Najbardziej niestabilny pozostawał jednak elektorat Lapida: jego partia potrafiła w ciągu jednego miesiąca skoczyć z 9 do 15 mandatów, by następnie wejść w trend spadkowy i osiąść w okolicach siedmiu. To właśnie te przesunięcia — a nie sama idea jedności — najlepiej tłumaczą logikę fuzji.

Problem polega na tym, że taka logika nie musi przekładać się na realną zdolność przejęcia władzy.

Koalicja Netanyahu: więcej możliwości niż się wydaje

Wydawać by się mogło, że po ponad osiemnastu latach u steru państwa Benjamin Netanyahu wyczerpał już swoje możliwości manewru, zwłaszcza w budowaniu koalicji. Przez lata zneutralizował wielu rywali — zarówno przeciwników, jak i partnerów — wciągając ich do rządu, a następnie rozmontowując ich zaplecze polityczne. Taki los spotkał m.in. Ehuda Baraka, Benny’ego Gantza czy Tzipi Livni. To charakterystyczny mechanizm jego polityki: nie tyle frontalne starcie, co stopniowa absorpcja, a następnie doprowadzanie do marginalizacji danego środowiska politycznego.

Paradoks polega na tym, że mimo tej „polityki spalonej ziemi” to właśnie Netanyahu może dziś dysponować większym potencjałem koalicyjnym niż jego przeciwnicy. Likud utrzymuje stabilne poparcie — w granicach 25–30 mandatów — i pozostaje jedyną dużą, zdyscyplinowaną siłą na scenie. Obok niego funkcjonuje wyraźnie zarysowane zaplecze ideologiczne, w tym skrajnie nacjonalistyczna partia Itamara Ben Gvira „Jewish Power”, która w sondażach regularnie osiąga 8–9 mandatów.

Jeszcze istotniejsza jest postawa partii charedim, czyli ultraortodoksyjnych Żydów. W przeszłości potrafiły one wchodzić w sojusze zarówno z prawicą, jak i centrum, traktując politykę w sposób czysto transakcyjny. Dziś jednak przestrzeń manewru jest znacznie węższa. Zarówno United Torah Judaism, reprezentująca głównie elektorat aszkenazyjski, jak i Shas, odwołująca się do społeczności sefardyjsko-mizrachijskich, postrzegają obecną opozycję jako realne zagrożenie dla swoich interesów — przede wszystkim w kwestii poboru do wojska. W efekcie ich naturalnym kierunkiem pozostaje obóz Netanyahu.

Ustawa poborowa od lat pozostaje jednym z najbardziej zapalnych punktów izraelskiej polityki, a po 7 października wróciła na agendę ze zdwojoną siłą. W obliczu długotrwałej mobilizacji coraz więcej polityków — od Bennetta, przez Lapida, po Liebermana — zaczęło otwarcie mówić o potrzebie powszechnego poboru, obejmującego także społeczność charedim, dotąd w większości wyłączoną z obowiązku służby. Historycznie zwolnienie to miało swoje uzasadnienie: po II wojnie światowej, gdy populacja ultraortodoksów została zdziesiątkowana, państwo zgodziło się na system, który pozwalał jej się odbudować poprzez studia religijne w jesziwach. Problem polega na tym, że rzeczywistość demograficzna się zmieniła, a zasady pozostały te same. Udział charedim w społeczeństwie wzrósł z około 10% w 2009 roku do ponad 14% w 2025, ale ich status prawny wciąż funkcjonuje według logiki innej epoki.

Dla partii ultraortodoksyjnych — UTJ i Shas — kwestia poboru ma charakter egzystencjalny. Obie formacje są dziś zdeterminowane, by utrzymać system zwolnień za wszelką cenę, nawet kosztem ustępstw w innych obszarach polityki. Pod koniec marca to właśnie ich głosy uratowały budżet na 2026 rok, a tym samym rząd przed przyspieszonymi wyborami. W zamian otrzymały coś mniej spektakularnego, ale równie istotnego: zamrożenie prac nad ustawą poborową. Oficjalnie — w imię braku szerokiego konsensusu, zwłaszcza w kontekście napięć regionalnych, w tym konfliktu z Iranem. Nieoficjalnie — jako element politycznej transakcji, bez której koalicja by się rozpadła.

W efekcie rząd i partie charedim funkcjonują dziś w stanie wymuszonej równowagi. Netanyahu i jego zaplecze ideologiczne z jednej strony rozumieją społeczne oczekiwanie rozszerzenia poboru, z drugiej — odkładają tę decyzję, płacąc politycznym czasem za utrzymanie większości. Na tym tle ciekawie wygląda pozycja Bennetta, który mimo swoich związków ze środowiskami religijnymi przyjął wyraźnie konfrontacyjny ton, nazywając ustawę o zwolnieniach „ustawą, nad którą powiewa czarna flaga. Kto ją podniesie, po prostu sprzedaje żołnierzy Sił Obrony Izraela. Szczególnie rezerwistów, którzy załamują się pod ciężarem”. Jeszcze drastyczniej wyrażał się Yair Lapid, który uważał, że prawdziwie patriotyczny rząd powiedziałby ultraortodoksom: „Uchylanie się od służby to czyn nieżydowski. Pozwalanie innym na śmierć za ciebie to czyn nieżydowski”.

Trudno oczekiwać, aby przy takiej retoryce partie ultraortodoksyjne entuzjastycznie czekały na obecną koalicję u władzy.

Yitzhak Goldknopf (UTJ) oraz Aryeh Deri (Shas)

Cios dla opozycji może nadejść także z mniej oczywistego kierunku. Sharon Sharabi — symbol rodzin zakładników po 7 października — dziś związana politycznie z Awigdorem Liebermanem, zasugerowała w rozmowie z Army Radio coś, co w izraelskiej polityce zawsze brzmi jak sygnał ostrzegawczy: „Nie ma miejsca na bojkoty [przyp. red. Netanyahu]. Lieberman zrobi bardzo odważne rzeczy.” W języku politycznym Izraela takie zdania rzadko są przypadkowe. Oznaczają raczej, że drzwi, które oficjalnie pozostają zamknięte, w rzeczywistości są tylko uchylone.

Partia Liebermana formalnie stawia warunki trudne do zaakceptowania dla Netanyahu — powszechny pobór, komisję śledczą w sprawie 7 października, konstytucję czy ograniczenie kadencji premiera. W oficjalnych komunikatach brzmi to jak twarda linia. Ale równie istotne jest to, czego nie ma: jednoznacznego wykluczenia współpracy. W izraelskiej polityce brak takiej deklaracji to nie luka — to strategia. Pozostawienie sobie przestrzeni manewru bywa cenniejsze niż konsekwencja.

Na tym tle układ opozycji wygląda jeszcze bardziej krucho. Poza blokiem „Together” pozostają Lieberman, partie arabskie, Demokraci z kilkoma mandatami oraz środowisko Gadiego Eisenkota. Do niedawna to właśnie Eisenkot był postrzegany jako potencjalny lider nowego układu, dziś jego pozycja jest bardziej niejednoznaczna. Obok nich funkcjonują jeszcze słabsze formacje — partia rezerwistów czy ugrupowanie Benny’ego Gantza — balansujące na granicy politycznej relewancji. To szeroki, ale niespójny obóz, którego wspólnym mianownikiem jest sprzeciw wobec Netanyahu.

I właśnie dlatego pojawia się kluczowe pytanie: skoro „Together” w sondażach wypada gorzej niż Bennett i Lapid osobno, to dlaczego w ogóle doszło do tej fuzji?

Gadi Eisenkot były Szef Sztabu Sił Zbrojnych Izraela

Anatomia fuzji

Choć powrót Naftalego Bennetta do rywalizacji z dawnym mentorem — człowiekiem, który wprowadził go do wielkiej polityki — wydawał się od lat nieunikniony, początek 2024 roku układał się według zupełnie innego scenariusza. To obóz Benny’ego Gantza miał dominować w Knesecie, wyraźnie prowadząc w sondażach i sprawiając wrażenie naturalnej alternatywy dla władzy. Równolegle rosła pozycja Gadiego Eisenkota, byłego szefa sztabu, który szybko stał się najpopularniejszą postacią sceny politycznej. Tymczasem Jair Lapid pozostawał formalnym liderem opozycji, a Eisenkot był postrzegany jako potencjalny „kingmaker” — do momentu, gdy układ sił zaczął się nieoczekiwanie przesuwać.

Taka jest logika izraelskiej polityki: bardziej przypomina arenę niż stabilny system. Partie pojawiają się, rosną i znikają w tempie jednego cyklu wyborczego, a przewagi, które dziś wydają się trwałe, jutro bywają iluzją. W takim środowisku fuzje rzadko są wyrazem siły. Częściej są próbą przetrwania.

Notowania Bennetta zaczęły słabnąć, Eisenkot systematycznie zyskiwał, a Lapid wyraźnie tracił grunt. Zanim opozycja pogrążyła się w otwartym konflikcie, a Eisenkot zbudował własne, niezależne centrum ciężkości, konieczne było szybkie rozstrzygnięcie. Bennett wykonał ruch pierwszy, Lapid go zaakceptował. W efekcie Bennett zabezpieczył pozycję głównego kandydata na premiera, a Lapid — zamiast ryzykować marginalizację — zagwarantował sobie znacznie silniejszą pozycję na listach, niż ta, która jeszcze niedawno wydawała się jego jedyną realną opcją.

Problem Bennetta i Lapida polega na tym, że izraelska polityka nie zna prostej arytmetyki. Dodanie dwóch elektoratów rzadko daje sumę ich poparcia — częściej prowadzi do jego rozproszenia. Jak trafnie zauważył Amit Segal: „jeden plus jeden prawie nigdy nie równa się dwóm”. W tym systemie politycznym wyborcy nie są cyframi, które można bezboleśnie przenosić między blokami.

Pierwsze sondaże sugerują, że dokładnie z takim zjawiskiem mamy tu do czynienia. Historia zna już podobne przypadki — nawet Netanyahu rozczarował się, gdy próbował wspólnego startu z Liebermanem. Dla części wyborców Bennetta, balansujących między nim a Likudem, obecność Lapida jest trudna do zaakceptowania. To elektorat religijno-prawicowy, choć w porównaniu do Smotricha dość umiarkowany, dla którego sojusz z centrum oznacza przekroczenie granicy. Wzrost notowań Likudu po ogłoszeniu „Together” nie jest więc przypadkiem — to pierwszy sygnał odpływu.

Na drugim końcu sceny politycznej pojawia się inne ryzyko. Część bardziej ideowych wyborców, zwłaszcza ze środowisk osadniczych, może skierować się w stronę Bezalela Smotricha i jego religijno-nacjonalistycznego zaplecza. Dziś jego formacja balansuje na granicy progu wyborczego, ale ewentualne wejście do Knesetu mogłoby mieć znaczenie większe niż sama liczba mandatów. W izraelskiej polityce nawet kilka dodatkowych miejsc potrafi przesądzić o tym, kto w ogóle ma zdolność budowania większości.

Mimo tych ryzyk projekt „Together” powstał. Dla Bennetta była to próba zatrzymania erozji i zabezpieczenia pozycji wobec rosnącego Eisenkota. Dla Lapida — ruch obronny przed dalszym spadkiem i realnym zagrożeniem marginalizacji. Innymi słowy, była to decyzja bardziej wymuszona niż strategiczna.

Lapid, Bennett, Prezydent Icchak Herzog oraz Netanyahu przy jednym stole

Alternatywny scenariusz

Czy to oznacza, że Benjamin Netanyahu jest dziś na prostej drodze do utrzymania władzy? Niekoniecznie. Owszem, jego obóz utrzymuje około 50% poparcia, ale ta liczba bywa myląca. Nie wszyscy jego wyborcy są bezwarunkowo przywiązani do jego przywództwa. Część z nich byłaby gotowa poprzeć rząd jedności — nawet bez udziału ultraortodoksów i pod innym liderem. To subtelna, ale istotna różnica: poparcie dla obozu nie zawsze oznacza poparcie dla człowieka.

To właśnie w tej szczelinie kryje się potencjał zmiany. Dla rosnącej grupy wyborców stabilizacja państwa, kwestie bezpieczeństwa czy odbudowa instytucji zaczynają przeważać nad personalną lojalnością wobec Netanyahu. W izraelskiej polityce nie potrzeba rewolucji — wystarczy przesunięcie kilku mandatów, by zmienić logikę gry. Jedna nowa partia, jedna udana fuzja, jeden lider zdolny wyjść poza własny elektorat — i układ sił może się odwrócić.

Do października ten system pozostanie w ruchu. Możliwe są kolejne przetasowania, nowe inicjatywy polityczne czy niespodziewane alianse — choćby z udziałem Eisenkota, który wciąż pozostaje jedną z najbardziej nieprzewidywalnych figur na tej scenie. W Izraelu kampania wyborcza rzadko jest liniowa. Częściej przypomina serię nagłych zwrotów akcji niż spokojny marsz do urn.

Oczywiście istnieje też scenariusz odwrotny. Jeśli Netanyahu zdoła przekuć sytuację bezpieczeństwa w sukces polityczny — doprowadzić do deeskalacji w Libanie, zamknąć front w Gazie czy ustabilizować napięcia z Iranem — może odzyskać inicjatywę i wejść w wybory z pozycji wyraźnego faworyta. W izraelskiej polityce zwycięstwo często zaczyna się poza samą polityką.

Jedno jest pewne: ten układ pozostaje otwarty. A w systemie, który tak często nagradza zaskoczenie, najbardziej ryzykowne jest założenie, że nic się już nie zmieni.

Marcin Lupa

Bibliografia

  • The Jerusalem Post, Israel politics and diplomacy, dostęp:

https://www.jpost.com/israel-news/politics-and-diplomacy/article-894294

  • Maariv, Artykuły polityczne, dostęp:

https://www.maariv.co.il/news/politics/article-1268407

https://www.maariv.co.il/news/politics/article-1164949

https://www.maariv.co.il/news/politics/article-1161209

https://www.maariv.co.il/news/politics/article-1313295

  • Haaretz, The Decade in Which All Israelis Became Netanyahu, 31.12.2019, dostęp:

https://www.haaretz.com/israel-news/2019-12-31/ty-article/.premium/the-decade-in-which-all-israelis-became-netanyahu/0000017f-e3e8-d804-ad7f-f3fa61f10000

  • Haaretz, Artykuł polityczny, 10.02.2026, dostęp:

https://www.haaretz.co.il/news/politi/2026-02-10/ty-article/.premium/0000019c-47fe-d39b-adfc-77ff62720000

  • Israel Democracy Institute, Haredi Society in Israel 2025, dostęp:

https://www.idi.org.il/haredi/2025/?chapter=62168

  • Mako, Artykuły ekonomiczne i polityczne, dostęp:

https://www.mako.co.il/news-money/2026_q1/Article-dd30a018b463d91027.htm

https://www.mako.co.il/news-politics/2026_q1/Article-e742681056fdc91026.htm

  • KAN News, Wiadomości krajowe, dostęp:

https://www.kan.org.il/content/kan-news/local/813863

  • Amit Segal, wpis na platformie X (Twitter), dostęp:

https://twitter.com/AmitSegal/status/2051561334710444139

  • Amit Segal, Newsletter „It’s Noon in Israel”, dostęp:

https://newsletter.amitsegal.net/p/its-noon-in-israel-the-end-of-the

https://newsletter.amitsegal.net/p/its-noon-in-israel-its-official-netanyahu

Ilustracje:

Zapraszamy do obserwacji naszego profilu na X: https://x.com/GlobPoludnie

Udostępnij artykuł
Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *